(
Marek Zając
)
Narty! Kochane moje. Wyście są jak zdrowie.
Ile Was cenić trzeba ten tylko się dowie,
Kto Was z nóg zdjął. Dziś urok Wasz w całej ozdobie
Moim piórem opiszę bo mi wciąż po głowie
Chodzi to, com Wam winien.
Zaczynałem w rowie
Gdziem bez butów w swym pierwszym skoku wylądował.
(W pierwszym swym skoku w życiu). Wuj mnie potem chował
przed Matką i przed Ojcem, bom był cały siny.
(Wyrżnąłem wtedy mocno i z tej to przyczyny
staram się nie upadać odtąd z własnej winy
pamiętając jak dużo rzecz taka kosztuje).
A my od tego czasu kochamy się z wujem.
Jako dziecię nie byłem ja Schlierezauerem.
Sukcesy miałem mniejsze. Po jaką cholerę
Miałem zresztą małpować drogę Nieminena?
Szesnastoletni geniusz. A teraz go nie ma
Od prawie lat dziesięciu, choć ledwie rok starszy.
To samo jest z Peterką. Próbował być twardszy
Niż Fin, ale nic z tego. Choć starał się, walczył
(I to, przyznajmy szczerze, świętując sukcesy
I próbując wymazać młodzieńcze ekscesy,
Które jego udziałem były zaraz po tym
Gdy, jako młode chłopię, Puchary dwa złote
Wydarł był doświadczonym, znamienitym skoczkom),
Próbując wrócić na szczyt. Z fatygą widoczną.
Najpierw wygrał w Kuusamo, potem jeszcze w Ga-Pa
Lecz zniknął w mgle niebytu. Siedem lat w niej człapał
Zanim się zdecydował zakończyć te męki.
Kto go dzisiaj pamięta? Kto mu powie "Dzięki"?
Ze mną było inaczej. Jako nastolatek
Byłem całkiem do rzeczy. Nie idol dzierlatek,
Ale miałem sukcesy. Nawet dosyć duże.
Wygrałem trzy konkursy (wywołałem burzę),
Ale do Nieminena tudzież do Peterki
Równać się mnie nie śmiano. Bo z analiz wszelkich
Wyszło różnym mądralom, że się wnet opuszczę.
No i się opuściłem. Rzecz zaraz wyłuszczę.
Anioł mnie w nocy naszedł. Archanioł Gabryjel.
I mówi do mnie: "Adam. Zmiłuj się. Nie żyję,
Jeśli w ciągu sezonów trzech z dużym okładem
Choć raz pokonasz Niemca." "Nie pękaj. Dam radę"
- Palnąłem w odpowiedzi bez zastanowienia.
No i miałem za swoje. Trzy lata cierpienia.
Odwaliłem tę jego pokutę trzyletnią.
Nigdy więcej. Już lepiej żebym w …. wdepnął.
Jako się okazało przegrał z Lucyferem
Zakład o dużej randze. I wybawicielem
Mogłem być, w myśl zakładu, tylko ja. Lecz w roli
Którą mi imć Lucyfer grać w sztuce pozwolił.
Byłem zmuszony. Słowo. Gdybym choć raz wygrał
Lucyfer, Diabli Książę, ta piekielna hydra,
Od razu do Pon Bócka (przyrzekł Gabrielowi)
Polecieć miał w try miga naskarżyć, co robi
Gabryś. Święty mój kompan. Archanioł kochany.
Miałem na to pozwolić? Na Chrystusa rany
Nie mogłem!
Przegrywałem więc nie dość, że z Schmittem
To jeszcze i z Duffnerem albo z Thomą Dietrem.
Ba. Żeby wiarygodną uczynić porażkę
Przegrywałem z Loefflerem. A nawet z Suchackiem.
(Choć nie Niemiec - do rymu najbardziej pasował.
Ufam, że nie będzie z tej racji pomstował).
Ot i jest tajemnica mojej słabszej formy.
W wieku XXI-szym przestałem być korny.
Zacząłem uwerturą. 30-tego grudnia
W wieku jeszcze XX-tym. Około południa.
Pobiłem rekord skoczni, o ile pamiętam.
Zająłem czwarte miejsce. Jak pamięcią sięgam
Wśród pewnych dotąd formy i siebie rywali
Zburzyłem sielski nastrój. Nie byli ze stali.
W Ga-Pa byłem już trzeci. A potem wygrałem
Na Bergisel. Wokoło wszystkim się kłaniałem.
To samo w Bischofshofen. Zwycięstwo i Audi,
Które mi urzędnicy z Cieszyna wydarli
Każąc podatkiem większym niż to wszystko warte.
Próbowałem się bronić. Oni szli w zaparte.
Nic to. Nieważne. Mamut Harrachov zdobyty,
Gdziem oba razy wygrał. Również w Salt Lake City.
I huzia do Sapporo! Po drodze upadek.
Coś w Nagano mam pecha. Kiedy tam przyjadę,
Za wyjątkiem debiutu pięknego, rzecz jasna,
To mi coś nie wychodzi. Za to inne miasta
Są mi dużo życzliwsze. Szczególnie Sapporo.
Wtedy zaś wyjątkowo. Wygrałem o sporo
I to nawet dwukrotnie. Główny rywal spalił
Się zupełnie. I Kulę od siebie oddalił.
Tak. Kryształowa Kula. Przedmiot kultu królów.
Przegrał ją Martin w walce nierównej do bulu
(Nie wiem czym dobrze skreślił i z dobrym akcentem,
Ale się podpierałem Panem Prezydentem).
Bo Kula, musisz wiedzieć czytelniku młody,
Ten Puchar (takiej sobie, wręcz średniej urody)
To nie jest tylko kula. Kula jako taka.
To obiekt pożądania. Norwega, Polaka,
Fina, Niemca, Szwajcara, Austriaka, Włocha.
Każdego, kto choć trochę narciarstwo pokochał
I choć trochę w nim znaczy. Wracając do sprawy:
Walka trwała w najlepsze, chociaż bez obawy
Można było obstawiać zwycięzcę batalii
Zwyciężyłem w Willingen, potem w Skandynawii
Wygrałem trzy konkursy, pola nie oddając.
W Słowenii odpuściłem duży zapas mając.
Dałem wygrać Schmittowi na koniec sezonu
Tak, żeby po Planicy nie wracał do domu
Z całkiem spuszczoną głową po stracie pierwszeństwa.
Chciałem okazać chłopu trochę człowieczeństwa.
Mimo, że nie musiałem. Na mistrzostwach w Lahti
Sędziowie rywalowi puścili pod narty
W drugim skoku tornado. Zabrali mi złoto.
Mimo to, do zawodów na średniej z ochotą
Przystąpiłem ogromną i konkurs wygrałem.
Drugim skokiem. Cudownym. Wojtek Skupień chwałę
Moją ogłosił zaraz ludziom wszem i wobec
Podnosząc mnie do góry - ideału wzorzec -
I pokazując na mnie jak na mistrza świata
Mimo, że przecież po mnie Martin jeszcze skakał.
Skończył się złoty sezon. Piękny, przełomowy.
Wcześniej nikomu nawet nie przyszło do głowy,
Że można marzyć w ogóle o takich rekordach.
Że można wygrać Turniej, że w dalekich fiordach
Można skocznię przeskoczyć (nie tylko tę jedną,
Bo przecież skok w Willingen to przeskoku sedno),
Mistrzostwo świata zdobyć, zwyciężyć w Nordyku
(Same wiktorie mając tamże na liczniku),
Wygrać ponad połowę konkursów w sezonie
I Kryształową Kulę zagarnąć na koniec.
To był sezon - marzenie. Coś niebywałego
Wcześniej w historii skoków. Było więc do czego
Równać, jeśli się chciało dalej być na topie.
No i się też równało. Ale o tym powiem
Już w następnym odcinku. Przez kolejne lata
Mozart skoków narciarskich zachwycał pół świata
(Bo druga połowa się nie interesuje).
I pomyśleć, że kiedyś znał go tylko wujek;
Rok dwa tysiące pierwszy, rok chleba i wina.
Boski jego początek, równie piękny finał.
O początku już było, teraz zaś o końcu
Parę zdań myślę skrobnąć. W glorii oraz w słońcu
Rozpocząłem ów sezon Bogiem obwołany.
Wszyscy w pas się kłaniali. Potężne rydwany
Austriaków i Niemców stanęły naprzeciw
Żeby mi stawić czoła. Zawzięci jak dzieci
Kiedy to w piaskownicy każde babki stawia
I patrzy wilkiem na Cię gdy swoje poprawiasz.
Lałem ich wszystkich w grudniu jak w bęben, przyznaję
Dziewięć startów – sześć zwycięstw. Sprawozdanie daję
Niedokładne, bo pierwsze były dwie wygrane
W listopadzie. Nieważne. To był „Rok z Adamem”.
Przyszedł ostatni konkurs. By nie było nudnie
Oraz widząc, że Niemiec z zawiści wręcz chudnie,
Nie wygrałem zawodów dając mu zwyciężyć.
Atoli się Hannawald zaczął w sobie prężyć
I widząc, że raz wygrał, wszystkie cztery razy
Sobie na to pozwolił w Turnieju Włodarzy.
Pobił był wtedy rekord do dziś nie zrównany
Ale każdy by pobił będąc tak naćpanym.
Za wiele tego było. Tupnąłem więc nogą
On zaś w moim Zakopcu z lekka skulił ogon.
Miało wkrótce rozstrzygnąć się kto w skokach rządzi.
Jechaliśmy do USA, w igrzyskach rozsądzić
Rzecz. Na to wyglądało, że mimom zwyciężał
Przez cały rok poprzedni, mojego oręża
Nikt nie brał tak poważnie jako formy Svena.
On zaś hardo spozierał z miną supermana
Łypiąc wzrokiem zabójczym to w lewo, to w prawo
Wyglądało jak gdyby na świat parol zagiął.
Miałem pecha w konkursie, ledwiem się wybawił
Z leja, który Kasai padając zostawił,
A nikt go nie posprzątał. Tego leja znaczy.
Poległem ignorancją jankeskich działaczy.
Choć skoczyłem najdalej, trzeci tylko byłem.
Ale z medalu strasznie wtedy się cieszyłem.
A Hannawald też karpia zrobił (albo suma?)
Bo mu Ammann wyskoczył (niczym z majtek guma).
Leżał jeszcze w szpitalu w poprzednią niedzielę.
Nikt wśród skoczków go nie znał. No, poza Kuettelem.
Ale po Salt Lake City, przyznać musi każdy,
Szwajcar vel Harry Potter miał już status gwiazdy.
Drugi medal przywiozłem jeszcze z Ameryki.
Srebrny. Byłem szczęśliwy. Choć różne ludziki
Kręciły nosem na to. Każdy pragnął złota.
Rozbudziłem apetyt. Więc też nie dziwota.
Po igrzyskach znów Puchar. Broniłem przewagi
No i jej wybroniłem. To ogromnej wagi
Był sukces, prawdę mówiąc. Kryształowa Kula
Drugi raz z rzędu moja. Choć niepełna pula
W tym dość trudnym sezonie była mym udziałem
I nie wszystko tak poszło jako tego chciałem
To ostatnie słowo do mnie należało
(Chociaż, prawdę rzekłszy, mnie wciąż było mało).
Sezon dwa tysiące dwa na trzy, Drodzy Moi,
Nie wiem czemu właściwie, wielu niepokoił.
Szczególnie na początku, kiedym nie wygrywał.
Chociaż przecież na podium miejsca żem zdobywał.
Kibic ma to do siebie, że się przyzwyczaja
Do zwycięstw strasznie szybko. I potem są jaja
Bo nawet jakeś drugi, to już kręci nosem
I niezadowolenie wydaje półgłosem,
A co dopiero wtedy gdyś jest poza pudłem.
Każde więc czwarte miejsce uważa za nudne,
Piąte za takie sobie, szóste za porażkę.
Każda lokata mniej, to (według niego) fiaskiem
Zakończone zawody. Tak przyzwyczaiłem
Ludzi w poprzednich latach. Stąd bardzo niemiłe
Reakcje wielu osób na brak mych wygranych
Tajner zaś był co tydzień przed ekran wzywany
I do spowiedzi chodził do Kurzajewskiego
Tłumaczyć narodowi „po co i dlaczego”.
I tak do mistrzostw świata we włoskim Predazzo.
Tam dopiero nastroje zmieniły się bardzo
Bom bezapelacyjnie i dwukrotnie wygrał.
Skakałem jak natchniony, naprawdę. Obydwa
Razy. Powiedzieć muszę, że się tu spełniłem
Wspaniały wynik z Lahti przecież poprawiłem.
No i dwa razy stając na najwyższym pudle
Dołączyłem do grona tych, co mają dublet,
Których wynik nad innych grubo wyżej wzlata.
To już nie są przelewki. To mistrzostwo świata!:)
Wąskie to grono, jak wiem. Aschenbach, Napalkow,
I jeszcze Bjoern Wirkola. Oni bardzo dawno
Wygrywali podwójnie. Mało kto pamięta.
Teraz ich czasem w TV odkurzy od święta
Któryś z komentatorów. Cieszę się niezmiernie
Że, z racji porównań, znowu o nich będzie.
Wracając do meritum. Otrzymałem kopa
W Predazzo tak mocnego, że każdego chłopa
Natchnął by do wygranych, a cóż mnie dopiero.
Wygrałem tedy w Oslo, a w Lahti 2:0.
W Planicy dopełniłem reszty formalności
I mogłem iść przyjmować szturmujących gości,
Których mnie nachodziły wręcz całe tabuny
Większych tłumów nie było nawet za komuny
Gdy upadała (pewno pomnicie niektórzy).
Nikt nie myślał, że niebo może się zachmurzyć
Nade mną już rok później. Zanim to zrobiło,
Peanom i wiwatom wciąż końca nie było.
Pierwszy to raz w historii jeden gość trzykrotnie
Puchar Świata wywalczył pod rząd. Bezpowrotnie
Do lamusa wrzuceni zostali podwójni
Zwycięzcy tej batalii. Statystycy czujni
Co prawda zaraz wnieśli swoje zastrzeżenie
Że Nykaenen o jedno więcej „zwyciężenie”
Ma na swoim liczniku. Lecz przecie nie z rzędu.
Więc pełno zaraz wieców oraz innych spędów
Z moją skromną osobą cały rok robili.
Zeszło prawie do zimy. I mnie rozbroili.
Sezon zacząłem dobrze, potem było gorzej.
Ani razum nie wygrał. W UeSA, w ferworze
Walki oraz emocji, błąd przy lądowaniu
Kosztował. Sezon z głowy. Lecz nie na szemraniu
Się to wszystko skończyło. Przyszedł trener nowy.
Jak to mówią: globtroter. Czyli człek światowy.
Heinz Kuttin. Niezły w sumie. Miał sporo pomysłów.
Jednakże dużą część z nich wziąć trzeba w cudzysłów.
Zajeździł mnie Heinz Kuttin. Początek miał dobry.
I koniec. Gorzej z środkiem. Środek był jak z „Kobry”.
Odniosłem, fakt, pięć zwycięstw za jego kadencji.
Był bardzo pracowity, miał sporo inwencji.
Jak mówi jednak Biblia: „poznasz po owocach”
A owoców nie było. Nie spali po nocach
Martwiąc się sytuacją niektórzy kibice
Dzieci się zamartwiały oraz ich rodzice.
Wszyscy byli w konfuzji. Nieomal kraj cały.
Bo bez formy ich idol i mistrz. Adam Małysz.
W Oberstdorfie porażkę naród jakoś przełknął
Ale po Pragelato nikt nawet nie kwęknął
Kiedy Tajner Kuttina na zieloną trawę
Wysłał, aby ten na niej dokończył biesiadę,
Którą nam był zgotował. Tajner, prezes nowy,
Gdzie trzeba to podzwonił i miał plan gotowy.
Stwierdził, że pozostawił Austriak klepisko
A to naprawić może tylko imć Lepistoe.
Nie zgadzam się z Tajnerem, hm, co do klepiska
Natomiast twierdzę jedno. Moja wiedza wszystka
Każe mi tak napisać o ruchu Apolla:
To był najlepszy z ruchów jaki gość wykonał.
Z Lepistoe odetchnąłem. Wręcz odżyłem, powiem.
Odpuścił trening siły, świeżość cenił bowiem.
Wtedy przynajmniej. Teraz szło nam jak nóż w maśle
Czułem się doskonale. Jak pierniki w Jaśle.
O, przepraszam. W Toruniu. Pomyliłem grody.
(Ze względu na rym, druhu. Domyśliłeś, młody?)
Z Finem razem przez sezon przeszliśmy jak burza.
Krótko, bo nie zamierzam długo się wynurzać:
Dziewięć zwycięstw w sezonie, cztery miejsca trzecie,
Mistrzostwo świata oraz czwarte miejsce na świecie
Uzyskane w Japonii, w szczęśliwym Sapporo.
W drugiej części sezonu byłem innych zmorą.
Gdzie się nie pojawiłem, w cuglach wygrywałem.
I nie o żaden centymetr albo o kawałek.
Zwyciężałem wyraźnie i z przewagą dużą.
Zdobyłem Puchar Świata. Wróciłem na urząd
Najlepszego W Sezonie. Równo po trzech latach.
Czy można być szczęśliwszym? Chyba, że w zaświatach.
Kolejna część tryptyku do końca dobiegła
Ale nie jest ostatnia. Będzie jeszcze jedna.
Trudny okres kariery omówim na wstępie
Za to potem, pod koniec, k’finału przystępię.
Na razie tak zostańmy, przy tej czwartej Kuli.
Pamiętam jak się wtedy nasz Adaś rozczulił
Kiedy to kończył sezon rozmową z Kurzajem.
Po tym jak po zwycięstwach trzech Planicę rajem
Był nam uczynił. Teraz, gdy gra jest skończona,
Udaje, że jest twardy. Mnie tam nie przekona;
Po sezonie sześć/siedem apetyt był wielki.
Od fachowców, kibiców, po laików wszelkich
Od Gdańska po Zgorzelec, od Moskwy po Paryż
Wszyscy się spodziewali, że zwycięży Małysz
W kolejnym już sezonie, w znakomitym stylu.
Tym bardziej, że imć Kruczek, asystent od tylu
Lat już głównych trenerów, pod kołdrę nie chował
O super-formie wieści. I zadeklarował
Że w takiej formie nie był Małysz nigdy jeszcze.
Na nieszczęście się Kruczek nie okazał wieszczem.
Forma była dość średnia, ledwo co w dziesiątce
Mieścił się mistrz, niestety. Tylko raz był w piątce
(W Nowy Rok, mówiąc ściśle, na zawodach w Ga-Pa,
Kiedy się wydawało, że odzyskał zapał
I może znów wygrywać jak drzewiej bywało).
Nie dziw więc, że kibicom było tego mało.
Liczono, że tak jak i w poprzednim sezonie
Rozwinie skrzydła w styczniu. A on był w ogonie.
Zarówno w Harrachowie gdzie skakał fatalnie
Jak i wcześniej w Predazzo, gdzie zawiódł totalnie.
W Predazzo bowiem (nie wiem, czy wiesz czytelniku)
Sukcesów Adam Małysz ma wielkich bez liku.
To jest skocznia dla niego, de facto, stworzona.
Wyniki o tym mówią wyraźnie. Pokonał
Tu wielokrotnie wszystkich. W cuglach, rzecz skracając.
I ogromną przewagę nad innymi mając
W każdych tutaj zawodach dalej od nich latał.
W Grand Prix, wcześniej w Pucharze, na mistrzostwach świata.
Więc nie ma się co dziwić, że skacząc tu marnie
I robiąc za, w konkursie, czerwoną latarnię
Zmartwił wszystkich wokoło, a najbardziej siebie.
Co gorsza, czemu tak skakał, do tej pory nie wiem.
Od Liberca znów lepiej. Wrócił do czołówki
Szeroko rozumianej. Dawał klasy próbki,
Ale to nie był Małysz, któregośmy znali
Wcześniej rok. Chociaż dalej wszyscyśmy kochali
Go miłością szaleńca, który wręcz zadręcza
Swój przedmiot pożądania, czym smutku nastręcza
(Przedmiotowi, rzecz jasna, nie samemu sobie)
Będąc dość namolnym tak w geście, jak w słowie.
Do końca wyglądało to tak średnio wszystko.
Na dodatek dość brzydko zagrali z Lepistoe
Panowie z PZN-u. Tako się nie godzi.
Zamiast sprawę odejścia starać się łagodzić
To napinali strunę (nie wiedzieć dlaczego).
I wydudkali Fina jak byle pierwszego
Lepszego leszcza prawie. Murzyn zrobił swoje.
Murzyn może już odejść. Prawdziwi kowboje!
Nie powiem, bo sam byłem za jego odejściem.
Ale na miłość boską! Pożegnanie z gestem
Należało się Hannu jako i psu buda.
Tymczasem Adam solo do Lahti się udał,
Bo nikt inny nie raczył powiedzieć "dziękuję".
Takie to nam zwyczaje PZN serwuje.
Napiszę krótko, bo i po co czcze gadanie.
Szykowali Kruczkowi miękkie lądowanie
Krótki był jednak żywot nadtrenera Kruczka
Jako coacha Adama. Z namowy Pon Bócka
(chyba, bo któż by inny mógł tak mądrze radzić),
Gdy na głowę juniorzy mu zaczęli włazić
Z Niemiec (Wank, pisząc konkretnie, na konkursie w Ga-Pa)
Mistrz się nareszcie ocknął i za głowę złapał.
Porzucił kompaniję, Turniej Czterech Skoczni
Przerwał (dzień przed finałem). Świadkowie naoczni
Twierdzą, że nigdy jeszcze aż tak przekonany
Nie był w życiu do tego co robić. Bałwany
Różne, różne rzucały mu pod nogi kłody
A on i tak zawsze przeskoczył przeszkody
Tak i tym razem było. Pojechał po Dziadka
Do Finlandii, bo wiedział, że bez niego jatka.
Słynny skoczek i trener czuli do się miętę.
Jeden drugiemu byli sterem i okrętem.
Mozolnie wracał na szczyt. Na mistrzostwach świata
W Libercu jeszcze, widać, sobie nie polatał
Zajmując miejsca w drugim, nawet w trzecim rzędzie.
Ale później w czołówce znajdował się wszędzie.
Zaczął od podium w Kuopio, gdzie wygrał Okabe
Wzbudzając sensacyję i zyskując sławę
Najstarszego zwycięzcy w historii Pucharu
(Dokonując wyczynu z pogranicza czarów).
Otarł się był o pudło Małysz w Lillehammer,
A na koniec sezonu, w pełnym świetle kamer,
Pięknie skakał w Planicy będąc dwakroć drugim
I wracając do stylu, który wielce lubim.
Sezonie olimpijski! Wszyscyśmy czekali
Ażeby w trakcie Ciebie mistrz bombę odpalił.
Tymczasem zaczął strasznie w dalekim Kuusamo.
Można byłoby nazwać jego występ plamą
Gdyby nie fakt niezbity i dość ewidentny,
Który zauważyłby i szympans przeciętny,
Że Małysz padł ofiarą (po raz nie wiem, który)
Słoweńskiego startera bez grosza kultury
I szacunku dla klasy, zasług i mistrzostwa.
Zostawmy to. Tepesa krytyka tu ostra
Niczego już nie zmieni. Niech mu lekką będzie
Ziemia gdy za czas jakiś w końcu w niej osiędzie.
Praktycznie do Klingenthal Polak był bez błysku.
Trzeci był w Lillehammer, ale potem zysków
Specjalnych jakichś nie miał. Nawet w Zakopanem
Na pudle jeszcze nie stał. Widać było zmianę,
Istotną formy zwyżkę, niemniej nie błyszczało
Jego wielkie mistrzostwo jako błyszczeć miało
Już niedługo. Rozpoczął ten swój wielki pochód,
Jako rzekłem, w Klingenthal. Niczym luks samochód
Wyprzedzał odtąd wszystkich z wyjątkiem Ammanna,
Ale ten się szaleju cały sezon z rana
Najadał. Mówiąc szczerze było to w postaci
Nieprzepisowych wiązań i zbyt dużych gaci.
Skakał poza konkursem Szwajcar, tak praktycznie.
Nie sposób go więc było doścignąć fizycznie.
Tak, jak i ośm lat wcześniej, gdy jako chłop młody
Też wygrał. Chociaż wtedy przez inne powody.
Małysz walczył wspaniale! Był dwa razy drugi!
Wicemistrz olimpijski! Podwójny! Zasługi
Do końca niezmierzone wcześniej posiadając
Nie wymiękł. Szedł na całość. Wszystkich zachwycając
Swoją nowej jakości genialną melodią.
Już do końca sezonu nie oparł się podiom
I na każdych zawodach, od Lahti po Oslo,
Gdziekolwiek to nie było, daleko go niosło.
Jednego brakowało jednakże: wygranej
Długo jej już nie było? Ze trzy lata, panie.
Na i przyszło poczekać jeszcze roczek cały.
Ale za to w Zakopcu dzwony ogłaszały
Że jednak Król znów wygrał. Postawił na swoim!
Kolejny karb na narcie. Znów wszystkim dołoił.
Po czterech latach prawie. Trzydzieści trzy lata
Mając skończone dawno. Na mistrzostwa świata
Pojechał z nadziejami. I znowu im sprostał.
Brązowym medalistą z Midtstubakken został.
I żeby go na zawsze wszyscy pamiętali
W Planicy, na odchodne, znów w podium wypalił.
Koniec wielkiej kariery. Trochę się go bałem
Nawet, kiedy przelotnie tylko oń myślałem.
Dziś jestem bardzo kontent. Piękną wybrał chwilę
Nasz mistrz na zakończenie. Myślę, ze nie mylę
Się, kiedy konstatuję, że odpowiedniejszej
Chwili chyba nie było. I, po prawdzie, lepszej.
Dzięki, Panie Adamie. Za te wszystkie lata
Kiedy z góry patrzyłem na resztę wszechświata.
Zrobił Pan wyjątkową rzecz dla tego kraju
Pokazał Pan Polakom jak blisko do bram raju.
Przestała, dzięki Panu, Ojczyzna być tak trwożna
Odblokował Pan Polskę. Pokazał, że można.
I za to Panu składam raz jeszcze wielkie dzięki
Mały ciałem, lecz duchem ADAMIE PIERWSZY WIELKI.